Mono / Microphonics @ Kwadrat, Kraków [28.05.2011]

28 maja w nietypowym miejscu, niespodziewanie, wręcz sterylnie czystym, studenckim klubie Kwadrat wyglądającym jak pawilon handlowy na gierkowskim osiedlu, położonym daleko od centrum Krakowa, niemalże na Nowej Hucie odbył się koncert legendy gitarowych pejzaży – Mono. Po ledwie skończonej trasie azjatyckiej, pewnie jeszcze nie przywykli do grania dla 100-200 osób. W Pekinie występowali dla 40 a w Szanghaju dla 30 tys. ludzi.

Przed Mono wystąpił Dirk Serries – belgijski muzyk grający od 27 lat ambient, promujący swój aktualny solowy projekt Microphonics. W przeciwieństwie do poprzedniego Fear Falls Burning, Microphonics ma pozostać wierny tylko i wyłącznie gitarze Gibson Les Paul, a ta zamiast przez potężne Marshalle, będzie nagłaśniana małymi lampowymi wzmacniaczami. Muzyka Dirka w tej trzeciej odsłonie jest przede wszystkim minimalna, łagodna, ciepła i pełna detali. W poszukiwaniu pięknych tonów posługuje się zaledwie kilkoma efektami, tworząc z nich nawarstwione, długie, ale nieprzytłaczające utwory. Na trasie z Mono prezentuje nową kompozycję opatrzoną numerem XXI, którą dopracowuje na każdym kolejnym koncercie. Te z kolei nagrywa i efektem końcowym ma być wydawnictwo dokumentujące jednocześnie trasę i najlepsze wykonanie Microphonics XXI. Kto wie, może dzięki pomocy radiofonii, to właśnie krakowska wersja ujrzy światło dzienne na winylu?

Kompozycja trwa ok. 25 min i zaczyna się dość gwałtownie od szarpanego riffu. Ten ustępuje kolejnym, subtelnym warstwom rozciągniętych i rozmytych dźwięków. Z każdą chwilą te drony narastają, cierpliwie i powoli zmierzają do punktu kulminacyjnego, ale Dirk nie pozwala zbyt długo się cieszyć tym anielsko głośnym i ogarniającym całe miejsce brzmieniem. Zaczyna je powoli uspokajać i dogaszać, a my próbujemy złapać ostatnie ciepłe powiewy w tej coraz bardziej chłodnej i niepokojącej atmosferze. Wtem nadchodzi pointa. Startuje od zera, rozwija natężenie jednego, wysokiego tonu, zaskakująco przyjemnego dla ucha. Stopniowo podnosi jego poziom, wyciskając maksimum z dostarczonego nagłośnienia, by nagle go urwać i iście koncertowo zamknąć ten utwór. Niesamowite zakończenie! Wrażenia spotęgowała oprawa świetlna – koncert odbywał się w ciemnościach, jedynie Dirk otoczony był trzema świetlówkami leżącymi na podłodze, których chłodne i oszczędne światło trafnie podkreślało minimalny charakter muzyki.

Po takim suporcie, wymagania wobec Mono wzrosły. Ten japoński kwartet post-rockowy już od ponad dekady serwuje nam swoje proste, piękne i emocjonalne kompozycje. W zasadzie mamy do czynienia z dwoma ich typami. Pierwsze są rozbudowane i z epickim (nieraz symfonicznym) rozmachem prezentują progresywnie rozwijające się historie. Zazwyczaj oparte są na tym samym schemacie, przypominającym seks widziany oczami kobiety. Delikatna i subtelna gra wstępna, intensyfikacja doznań, podniecenie rośnie, oczekuje na ekstatyczny finał, a w końcu upragniona erupcja uczuć i wrażeń nadchodzi, pozostawiając kobietę bezbronną i łaknącą czułości. Drugim rodzajem kompozycji są krótkie interludia. Zdecydowanie bardziej stonowane, wyciszone i liryczne, często oparte o fortepian. Na płytach poprzekładane trzy dłuższe dwoma interludiami, w sumie liczą 40-50 min i stanowią idealną porcję tej pięknej muzyki. Taką by nie nabawić się niestrawności. Koncert został ułożony podobnie, jednak trwał dwukrotnie dłużej. Mono odegrało swoje utwory z wirtuozerską wręcz precyzją i zaangażowaniem, lecz taka dawka instrumentalnej muzyki, opartej na tych samych schematach, zlewającej się w jeden utwór, w połączeniu z wykonaniem pozbawionym jakiejkolwiek ekspresji i kontaktu z publicznością – jednak przytłoczył. Po 40 min czułem lekkie nienasycenie, po godzinie czułem, że dostałem tyle ile potrzebowałem, po 90 min miałem już dosyć. Byłem znudzony i zmęczony kolejnymi pulsującymi tonami budującymi napięcie i tworzącymi śliczne melodie. Każda kolejna minuta była do bólu przewidywalna – Mono przedawkowało.

Przesadził także oświetleniowiec. Przyzwyczajony pewnie do dyskotekowych okoliczności Kwadratu, z absolutnym brakiem wyczucia stworzył atmosferę, której nie powstydziłby się festiwal w Opolu. Udzieliła się ona tylko jednej, starszej parze, która na koncercie znalazła się przypadkowo i próbowała swych sił w walczyku. Pewnie technikowi nie były znane słowa gitarzysty Mono, Takaakiry Goto:

Najgłębsze emocje są nieosiągalne dla języka. Oprawa naszych koncertów jest minimalna, gramy zwykle przy przygaszonych światłach starając się pozostawić ludziom jak najwięcej miejsca dla ich wyobraźni i własnych eksploracji naszej muzyki.

Okazało się, że Dirk Serries – czarny koń koncertu – uratował mój sobotni wieczór i nadał sens wyprawie na Czyżyny.

Advertisements

~ - autor: Krzysztof Pietraszewski w dniu 3 czerwca 2011.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s