9. Festiwal Sacrum Profanum @ Kraków [11-17.09.2011]

Święto muzyki modern classics, a w zasadzie 75 urodziny Steve’a Reich’a, w postaci 9-tej edycji Festiwalu Sacrum Profanum w Krakowie zakończone. Znów przyjdzie nam z utęsknieniem wyczekiwać wrześniowych wieczorów w Teatrze Łaźnia Nowa i Muzeum Inżynierii Miejskiej, z okazji okrągłej edycji będą poświęcone muzyce polskiej. Wcześniej, póki wspomnienia jeszcze się tlą, rozpalmy je podsumowując to wydarzenie. Zrobię to z przyjemnością, bo był to tydzień bardzo udany, inspirujący i wbrew pozorom bardzo zróżnicowany. Nie tylko twórczość głównego bohatera mieniła się wieloma barwami, ale też przegląd twórczości pozostałych minimalistów pozwala sądzić, że pod tym hasłem zebrano tak wielu różnorodnych kompozytorów, że najzwyczajniej minimalizm w muzyce nie istnieje.

11.09.2011 – Steve Reich – Hala ocynowni ArcelorMittal, godz. 19:30

Koncert otwierający odbył się już tradycyjnie na terenie Huty im. T. Sendzimira, która za każdym razem robi piorunujące wrażenie na publiczności i o dziwo znakomicie pasuje na miejsce prezentacji muzyki współczesnej. Niezapomniana dla wszystkich data 11 września, oprócz głównego motywu graficznego festiwalu, narzuciła też refleksyjny wymiar muzyce Reich’a. W tym kontekście wybór kompozycji Daniel Variations, poświęconej amerykańskiemu dziennikarzowi zamordowanego przez Al-Kaidę, jest oczywisty. Oprócz ostatnich słów Daniela Pearla, Reich wykorzystał także fragmenty Księgi Daniela ze Starego Testamentu, które zaśpiewane przez Synergy Vocals jednocześnie przeszywały i dodawały otuchy. Utwór pełen nadziei i podnoszący na duchu, bez niepotrzebnej martyrologii i patosu, a jednocześnie godnie upamiętniający tragedię – jestem ciekaw, kiedy w Polsce doczekamy się takich kompozycji „narodowych”.

Po przerwie na scenie pojawił się skromny, introwertyczny i z niedomalowanym paznokciem na palcu serdecznym Jonny Greenwood. Zagrał Electric Counterpoint na gitarę elektryczną i taśmę (gitarzysta zdecydował się nagrać własną wersję taśmy z partiami 10 gitar elektrycznych i 2 basowych, w oryginale wykonywał je Pat Metheny). Zwielokrotnione dźwięki gitary stanowią podkład dla muzyka dogrywającego ostatnią linię na żywo. Bardzo skomplikowany i trudny technicznie, ale jednocześnie dynamiczny, rytmiczny i taneczny utwór, przy którym nie sposób utrzymać uda w bezruchu. Greenwood sam na ogromnej scenie czuł się jednak przytłoczony i zagubiony, prawdopodobnie to wpłynęło na brak polotu w jego wykonaniu i z przykrością stwierdzam, że poprzednik go przebił.

Na koniec Ensemble Modern zagrało Music for 18 Musicians, chyba najbardziej popularną kompozycję Reich’a. Utwór opiera się na rytmicznym pulsie, który utrzymuje muzyków w ryzach przez blisko godzinę. W tym rozedrganiu motywy, rytm i melodia ulegają drobnym modyfikacjom, a nadejście zmiany z braku dyrygenta sygnalizują klarnet basowy i wibrafon. Wszystkie dźwięki zdają się przychodzić i odchodzić, to płynny proces, przy czym kompozycja cały czas prze naprzód. Niesamowite wrażenie robi widok wymieniających się muzyków przy instrumentach, współpracujących ze sobą jak bardzo precyzyjna i dobrze naoliwiona maszyna. Na koncercie zrozumiałem dlaczego jest to kompozycja dla 18-tu muzyków, a nie na 18 instrumentów – kompozytor przewidział przerwy dla muzyków na złapanie oddechu i odpoczynek dla rąk – można im pozazdrościć kondycji, a grającemu na fortepianie Reich’owi przede wszystkim. Piękna zapowiedź tygodnia pełnego regularnych i nieregularnych rytmów, ale przede wszystkim repetycji.

12.09.2011 – John Adams – Muzeum Inżynierii Miejskiej, godz. 19:00

Alarm Will Sound zaskoczyło otwartością i luzem, Alan Pierson nawet rozpoczął od zgrabnej i zabawnej konferansjerki, zawiódł niestety John Adams, a właściwie jego kompozycje. Bezbarwne, nijakie i rozdmuchane. Takie były Chamber Symphony i wzorowany na nim Son Of Chamber Symphony. Agresywny, ale jednostajny rytm i gwałtowne zmiany melodii były jakby wyrwane z kontekstu. Dla dopełnienia obrazu brakowało filmowych scen akcji, pościgów i strzelaniny w tle. Podobnie wypadł też utwór Coast, kolejny świetny kandydat do ilustrowania kryminałów. Koncert można by uznać za stracony, gdyby nie brawurowe wykonanie Short Ride in a Fast Machine w aranżacji na fortepian i wykonaniu Johna Orfe. Brzmiał tak jak sportowy samochód, który rozpędzając się wydaje z siebie narastające dźwięki przerywane zmianą biegów. Potem lawirował na wirażach i przekroczył linię mety z takim impetem, że pianiście aż okulary spadły!

12.09.2011 – Steve Reich, Beryl Korot – Teatr Łaźnia Nowa, godz. 22:00

Video-Opera Three Tales była jak grom z jasnego nieba, dosłownie. Była porażająca i skłaniająca do refleksji. W kontraście do fragmentów biblijnej Księgi Rodzaju pokazano rozwój cywilizacyjny przez pryzmat trzech wydarzeń: katastrofy niemieckiego sterowca Hindenburg, amerykańskich prób jądrowych na atolu Bikini oraz eksperymentów z klonowaniem, inżynierią genetyczną i robotyką. Marszowy rytm, niepokojąca atmosfera, nawet spokojne fragmenty budziły grozę, niesamowita lekcja pokory. Nihilistyczna wizja rozwoju cywilizacji niechybnie prowadzącego do naszej zguby. Z każdą częścią napięcie narastało. Wydarzenia sterowca są na tyle nam odległe, że nie wywierały większego wrażenia. Próby jądrowe z nerwowym odliczaniem na pierwszym planie, ukazywały bestialstwo i bezkompromisowość Stanów Zjednoczonych. Najbardziej dotkliwa i napastliwa (również muzycznie) okazała się część trzecia, najbardziej aktualna i rzeczywista. W operę zostały wplecione archiwalne zdjęcia, ale i wypowiedzi wojskowych, naukowców i etyków – ich głosy stały się kolejnym instrumentem, ale także niosącym złowieszczy przekaz. W kontraście do nich iście anielskie partie wokalne wykonało Synergy Vocals. Muzyka była znakomicie zgrana z obrazem i odwrotnie, nie wyobrażam sobie słuchania jej bez obrazu, to zbyt komplementarne dzieło. Techniki kolażu filmowego Beryl Korot miały odrobinę archaiczną aurę, taki przedsmak awangardy filmowej lat 60-tych. Po koncercie publiczność wróciła do domów z ciężkim piętnem, odciśniętym przez to moralizatorskie, ale i bardzo przemyślane i sprawnie przeprowadzane dzieło.

„Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną.”

13.09.2011 – David Lang – Muzeum Inżynierii Miejskiej, godz. 19:00

W kompozycjach Davida Langa zespół Alarm Will Sound w końcu miał okazję zaprezentować swoje umiejętności w pełnej krasie. Mocny i marszowy Forced March, którego potężne uderzenia, solidny, twardo stąpający rytm i zapętlona melodia wygrywana na gitarze elektrycznej rozbudziły emocje i wzmożyły oczekiwania co do pozostałych utworów. Pierced stanowiły dwie części, w których najpierw soliści Ashley Bathgate na wiolonczeli i John Orfe na fortepianie grali drapieżnie na tle spokojnego zespołu dogrywającego tło, a następnie role się odwróciły i to orkiestra zaczęła szaleć, a soliści grać delikatne dźwięki. Kolejny, Cheating Lying Stealing, miał na celu pokazanie Langa jako cwanego łgarza i oszusta. Kompozytor puszcza w nim oko do słuchaczy, utwór jest odrobinę cyrkowy i sarkastyczny, jakby specjalnie zepsuty – poszczególni muzycy co raz wtrącali w nieoczekiwanych momentach niepożądane dźwięki. Sweet Air jest zainspirowany gazem rozweselającym, strasznie słodki, delikatny i przyjemny, ale po chwili ogłupiający, a nawet lekko budzący niepokój. Na koniec zabrzmiał Increase, który jak tytuł sugeruje narasta i narasta, do iście ekstatycznej końcówki, którą zespół na jedyny podczas festiwalu bis powtórzył.

13.09.2011 – Steve Reich – Teatr Łaźnia Nowa, godz. 22:00

Wobec Different Trains, mojej ulubionej kompozycji Reich’a, miałem naprawdę spore oczekiwania. Połączenie dźwięków sygnałów i syren pociągów, instrumentów smyczkowych naśladujących dźwięk jadącego pociągu i nagranych wypowiedzi jako źródła melodii podchwytywanej przez kwartet z tematyką poświęconą II Wojnie Światowej i Holokaustowi jest wprost fenomenalne. Niestety w wykonaniu Ensemble Modern nie zabrzmiała przekonująco. Zabrakło pasji, mało było w nim życia i energii, tej motoryczności i ruchu jaki ten utwór niesie. Raziła też dysproporcja między apatycznymi partiami zagranymi na żywo i tymi pełnymi werwy z taśmy, no ale je nagrywał Kronos Quartet… Tehilim z kolei zaczął się bardzo ciekawie, dynamiczny i porywający rytm wyklaskiwany przez muzyków bardzo gęsto wypełnił przestrzeń, po której lawirowali śpiewacy. Pomimo ich zaangażowania, napastliwe partie szybko stawały się męczące. Muzycznie kompozycja w połowie siadła. Dopiero niespodziewane na koniec crescendo wyzwoliło energię tego utworu. Bohaterem zespołu został Jarrod Cagwin ekstatycznie grający na marakasach przez niemalże 30 min!

14.09.2011 – Julia Wolfe – Muzeum Inżynierii Miejskiej, godz. 19:00

Trzeba przyznać, że w nadęciu Julia Wolfe zawstydziła nawet Johna Adamsa. Jej kompozycje okazały się strasznie siłowe i mało kreatywne. Nie absorbowały słuchacza, a jedynie przyprawiały o ból głowy. W tej całej agresywności zlały się w jedną nierozróżnialną masę. Żadna z osobna, ani wszystkie na raz nie zapadły mi w pamięć, poza wrażeniem, że całość robiła dużo hałasu o nic. Zamykający koncert Impatience, trwający blisko 40 min to już prawdziwa gehenna. Rzeczywiście miał wiele wspólnego z niecierpliwością, ale wywołaną oczekiwaniem zakończenia. Abstrakcyjne filmy towarzyszące dwóm ostatnim kompozycjom, w tym trzęsące się damskie pośladki, też nie uratowały koncertu.

14.09.2011 – Steve Reich – Teatr Łaźnia Nowa, godz. 22:00

Środowy wieczór uratował Reich. Zaczęło się od przyjemnego i rytmicznego Eight Lines, w którym wszystkie instrumenty poza smyczkowymi pulsują, a te przynoszą wewnętrzny spokój i ciepło. Później było jeszcze lepiej. Kwartet smyczkowy z Ensemble Modern zrehabilitował się po Different Trains w Triple Quartet i zagrało tę kompozycję z prawdziwym zaangażowaniem. Pełne żaru i emocji wykonanie, w połączeniu z równie pasjonującymi partiami dwóch kwartetów z taśmy, okazało się niezwykle poruszające i wzruszające. To najbardziej uczuciowa kompozycja Reicha ze wszystkich zaprezentowanych na festiwalu. Momentami bardzo klezmerska, przywoływała żydowskie motywy. Na zakończenie City Life. Utwór na zespół i miasto, w którym rytm i melodię poszczególnych części nadawały dźwięki współczesnej metropolii: koguty policyjne, hamulce pneumatyczne, klaksony, syreny portowe, zamykane drzwi metra i samochodów. Zapętlając i nawarstwiając poszczególne dźwięki tworzył struktury, które nadbudowywał partiami instrumentalnymi. Wykorzystał także nagrania głosów, w dwojaki sposób. Fazując je i zapętlając tworzył bit przypominający Come Out, albo traktował je jako punkt wyjścia do melodii, podobnie jak w Different Trains. To utwór oswajający miejski zgiełk, przy którym nie sposób utrzymać głowę nieruchomo. Światy urbanistycznych hałasów i instrumentów klasycznych zostały świetnie zestawione w nieoczywistą, ale jakże piękną symbiozę.

15.09.2011 – Terry Riley – Muzeum Inżynierii Miejskiej, godz. 19:00

Legenda Terry’ego Riley’a przyciągnęła tłumy na wykonanie prekursorskiego In C przez Klangforum Wien. O ile kompozycja ma teraz przede wszystkim znaczenie historyczne, to ze względu na jej kształt można było oczekiwać udanego wieczoru. In C to kompozycja na dowolny skład i dowolną długość wykonywania, a jego partytura zawierająca 53 wzorce mieści się na jednej kartce papieru. Muzycy w sposób dowolny wybierają wzorce, które w danej chwili odgrywają reagując na to co grają pozostali. W związku z tym każde wykonanie tej kompozycji jest unikalne, co nie zawsze oznacza udane. Zespół z Wiednia swoją wersją nie porwał publiczności, okazała się mało urozmaicona i pełna dłużyzn. Do tego stopnia, że aż sam Steve Reich wyglądał na znudzonego, a to jego puls dodany do kompozycji ułatwił jej wykonywanie, a w moim przekonaniu skłaniał też muzyków do korzystania z dynamiczniejszych wzorców. Tym razem, po raz pierwszy z pulsu zrezygnowano i odegrano światowe prawykonanie oryginalnej wersji, niestety ze szkodą dla Riley’a i jego dzieła.

15.09.2011 – Steve Reich – Teatr Łaźnia Nowa, godz. 22:00

Zaczęło się skromnie, żeby nie powiedzieć minimalistycznie. Na scenę wyszli Steve Reich i David Cossin, żeby odklaskać fazowy Clapping Music (spodziewałem się, że publiczność podchwyci rytm, niestety nie tym razem). Obaj wyklaskują tę samą melodię symultanicznie, ale jeden z nich zaczyna przyspieszać i tak wyprzedza drugiego o nutę, o dwie, o trzy i tak dalej, aż zatoczy pełne koło i wróci do pierwszego. Tę technikę kompozytor stosował często w swoich pierwszych dziełach. Nie inaczej jest w Video Phase, wersji Piano Phase z obrazem unaoczniającym tę technikę idealnie. Zamiast dwóch fortepianów i dwóch muzyków na scenie postawiono ekran, na którym wyświetlano zapętlony obraz z grającym na elektronicznej perkusji David’em Cossin’em. Za ekranem usiadł prawdziwy Cossin i świecącymi pałeczkami odegrał partię przyspieszającą drugiego muzyka. Ich ręce na początku się pokrywały ze sobą, a potem zaczęły się rozchodzić tworząc piękne wzory, ale jednocześnie wyraźnie tłumacząc na czym ta metoda polega. Piękne, magiczne widowisko. Po nim zagrano Double Sextet, kompozycję nagrodzoną Pulitzer’em w 2009 roku, która zbiera to co najlepsze u Reich’a – energię, rytm i melodyjność. Na koniec zabrzmiał wzorowany na nim 2×5 na podwójny skład rockowy (jeden z taśmy). Mocne i dosadne wykonanie porwało publiczność, której serce zdobył swym hippisowskim wizerunkiem gitarzysta Mark Stewart. Usłyszeliśmy także New York Counterpoint, jedną z wcześniejszych wersji Electric Counterpoint, tym razem na klarnet w wyborowym wykonaniu Evan’a Ziporyn’a. Na tym koncercie zrozumiałem, co Reich miał na myśli mówiąc, że w Europie nie potrafią grać jego muzyki. Dopiero po latach przekonał się do Ensemble Modern, a mimo wszystko w porównaniu z Bang On A Can All-Stars wypada blado. To rewelacyjny zespół, który pokazał, że muzykę klasyczną można grać na luzie i niekoniecznie pod krawatem. Z tego powodu, ale i za sprawą świetnego repertuaru, można śmiało powiedzieć, że był to zdecydowanie najlepszy koncert festiwalu.

16.09.2011 – Michael Gordon – Muzeum Inżynierii Miejskiej, godz. 19:00

Kompozycje Michael’a Gordon’a, obok David’a Lang’a i oczywiście Pana Jubilata, okazały się najciekawsze i najbardziej wciągające, pewnie również za sprawą grającego je zespołu Bang On A Can All-Stars – ponownie w znakomitej formie. Począwszy od Sonatry – pędzące solo na fortepian ślizgające się po wszystkich klawiszach w brawurowym wykonaniu Vicky Chow – aż po Yo Shakespeare – bardzo rytmiczny, wręcz taneczny i przywodzący skojarzenia z muzyką amerykańską, również latynoamerykańską – wszystkie utwory były różnorodne i pasjonujące. For Madeline urzekła dogłębnym smutkiem, ale i nutą psychodelii, której też nie brakowało I Buried Paul. Utwór zaczyna się tam gdzie kończy beatlesowski Cranberry Sauce i jest pokomplikowany, chaotyczny, niespokojny, hałasujący, odrobinę orientalny i marszowy, ale przede wszystkich czarujący i hipnotyzujący. Na uwagę zasługuje też wirtuozerskie wykonanie Industry przez wiolonczelistkę Ashley Bathgate. Sama na scenie osiągnęła tak przejmujące i zarazem potężne brzmienie, że wprawiła niejednego słuchacza w osłupienie. Jej wiolonczela brzmiała jak zamplifikowana i przesterowana jednocześnie – nie jeden zespół post-metalowy pozazdrościłby riffów, które zagrała.

16.09.2011 – Michael Gordon, David Lang, Julia Wolfe, Steve Reich – Teatr Łaźnia Nowa, godz. 22:00

Ten koncert miał zupełnie inną formułę niż dotychczasowe i rozpoczął nowy projekt Festiwalu Sacrum Profanum. Jego celem jest prezentacja młodych i zdolnych zespołów w repertuarze cenionych kompozytorów. Tak więc zespół studentów i absolwentów krakowskiej Akademii Muzycznej Amadrums pod kierownictwem artystycznym Jana Pilcha zagrał cztery utwory na instrumenty perkusyjne autorstwa kompozytorów, z których twórczością zapoznawaliśmy się przez poprzednie dni. Najpierw usłyszeliśmy XY – solo na pięć kotłów Michael’a Gordon’a, w którym obie ręce wykonawcy zachowują się jak elipsa dwóch nitek DNA, raz jedna przyspiesza i uderza mocniej, a raz druga. Następnie część II i III The So-Called Laws Of Nature David’a Lang’a, bardzo matematyczną i naukową, a przez to przekombinowaną kompozycję, która podobnie jak pierwsza po pewnym czasie zaczęła nużyć – zwłaszcza część III. Część II zaś w początkowej fazie zgrabnie imitowała pozytywkę, ale dopiero na dalekim końcu złapała chwytliwy i bujający rytm. Dark Full Ride to najbardziej udany utwór Julii Wolfe zaprezentowany na festiwalu. Przy jednym z czterech zestawów perkusyjnych zasiadł Jan Pilch i trzeba przyznać, że wydobył rock ‘n’ roll’owego ducha drzemiącego w tej muzyce. Z trzech pozostałych muzyków dorównywała mu tylko Wiktoria Chrobak, jako jedyna grała na luzie i z niezbędnym do gry na instrumentach perkusyjnych wyczuciem, czym wyróżniała się na tle pozostałych koleżanek i kolegów z zespołu. Tu dochodzimy do sedna sprawy, miałem wrażenie, że ilość pomyłek popełnionych przez zespół podczas koncertu i takie „szkolne” odegranie utworów, to trochę za mało jak na Sacrum Profanum, nawet dla początkujących. Zrehabilitowali się podczas Six Marimbas Steve’a Reich’a, który zagrali z polotem i słychać było, której kompozycji poświęcili najwięcej czasu ćwicząc.

17.09.2011 – Reich 75 – Hala ocynowni ArcelorMittal, godz. 21:00

Koncert zamykający 9-tą edycję Sacrum Profanum przybrał postać urodzinowej fety Steve’a Reich’a. Swoisty benefis, w którym gwiazdy muzyki popularnej oddawały hołd artyście. Mgliste jego zapowiedzi i ostateczny kształt pewnie zaskoczyły niejednego. Cały koncert to seria niespodzianek, nie zawsze udanych. O tym na koniec.

Zaczęło się od Come Out, czyli zapętlonej frazy „come out to show them” poddawanej interferencji z symultanicznie powtarzaną i rozmijającą się identyczną pętlą. Na scenie nie było nikogo, wierzę zatem, że utwór został odegrany z płyty. Około 10 minutowa kompozycja to sięgnięcie do pierwszych dzieł Reich’a, ale jednocześnie nie lada wyzwanie dla publiczności. Jak się okazało, nie ostatnie. Następnie na scenę wkroczył Envee i wykonał remiks Music For 18 Musicians – ta skądinąd sprawna przeróbka na styl IDM i dubstep okazała się być tanecznym wtrętem do programu wieczoru, a nie jego osią.

Kolejny na scenie pojawił się Leszek Możdżer, który podjął się karkołomnego wykonania Piano Phase. Utwór ten został napisany na dwa fortepiany i dwóch pianistów, a polega na powtarzaniu sekcji 12-tu dźwięków najpierw jednocześnie, a potem w fazowaniu. Możdżer nie tylko zagrał obie partie sam, na dwóch ustawionych pod kątem fortepianach, ale w drugiej połowie kompozycji zaczął improwizować na podstawie początkowej melodii. Nie stracił przy tym rytmu, ani też nie zaburzył dyscypliny, której ten utwór wymaga. Niezwykle precyzyjne i brawurowe wykonanie, najlepsze tego wieczoru. Jubilat był również pod wielkim wrażeniem i na koniec wielokrotnie dziękował pianiście. Należy jednak dodać, że Możdżer nie jako pierwszy podjął się tego zadania, w roku 2004 Rob Kovacs wykonał ten utwór samodzielnie. Natomiast niezwykłe i niepowtarzalne w wykonaniu naszego rodaka było zestawienie rygorystycznej partytury z jazzową wrażliwością. Brawo!

Kto liczył na występ, w którym Will Gregory w Goldfrapp’owym stylu przerobi jedną z kompozycji Reich’a, ten się zawiódł. Co więcej dostał w twarz jednym z najmniej przystępnych utworów kompozytora. Wraz z czterema muzykami zagrali Four Organs, utwór dekonstruujący jeden akord przez stopniowe wydłużanie poszczególnych dźwięków. Dla fanów twórczości jubilata – gratka, dla fanów Goldfrapp – nieporozumienie.

Pianohooligan, podobno nadzieja w młodym polskim jazzie, wraz z Adrian’em Utley’em z Portishead wykonali improwizacyjną wariację na temat Electric Guitar Phase. Oryginału nie tylko Reich  ale i publiczność nie potrafili się w tym doszukać. Sonorystyczna gra Orzechowskiego na spreparowanym fortepianie w towarzystwie ledwie słyszalnych fraz gitarowych Utley’a tylko w strzępach przywoływała motywy zapisane w partyturze. Nie mam nic przeciwko dekonstrukcji i odważnej improwizacji, jeśli tylko jest konstruktywna, a między grającymi ją muzykami słychać porozumienie – tego zabrakło.

Na koniec pierwszej części znów pojawił się Envee, tym razem zaprezentował własną wersję Drumming. Pewnie łatwiej byłoby docenić jego pracę, gdyby została zaprezentowana w innym kontekście. W zestawieniu z dość wymagającymi propozycjami pozostałych artystów remiksy Macieja Golińskiego wypadły odrobinę groteskowo. Szkoda, że cały koncert nie został lepiej przygotowany przez organizatorów, kurator tego przedsięwzięcia powinien bardziej dopracować jego koncepcję i wizję z artystami.

Drugą, o wiele krótszą część rozpoczął It’s Gonna Rain. Ta sama metoda co w Come Out i ten sam sposób prezentacji, tzn. bez nikogo na scenie. Podobno tę wersję przygotował Aphex Twin. Następnie moment, na który wielu zgromadzonych czekało. Wspomniany artysta wyszedł na scenę i zaprezentował swoją wersję Pendulum Music. Ciężko powiedzieć, że wersję, ponieważ Reich nigdy nie zarejestrował tego eksperymentu dźwiękowego, polegającego na generowaniu sprzężeń przez huśtający się nad głośnikiem mikrofon. Aphex Twin użył 14-tu takich zestawów połączonych z kulami dyskotekowymi, od których odbijały się promienie laserów, ale tym razem hala ocynowni za jego sprawą nie zmieniła się w taneczny parkiet. Jednakże przy pomocy konsolety i dość chaotycznie generowanych dźwięków stworzył pełnoprawny utwór. Uporządkował nieład i stworzył ciekawy spektakl muzyczny, który kiedyś w lekkim zarysie zrodził się w głowie Reich’a, a ten skądinąd był pod wrażeniem i zdumiony przyznał, że nie ma pojęcia jak tego Richard David James dokonał.

Na koniec Adrian Utley wraz z Aphex Twinem wykonali bardzo statycznie i powolnie Electric Counterpoint, co odebrało całe piękno i kunszt tej kompozycji, ale jednocześnie stanowiło klamrę zamykającą festiwal. Potem na scenie pojawił się Steve Reich i dziękując wszystkim uczestnikom, artystom i organizatorom mocno komplementował Kraków i festiwal.

Wychodząc z tego koncertu miałem bardzo mieszane uczucia, targały mną złość i radość, zachwyt i niesmak. Reich 75 to ostatecznie udane, ale bardzo niespójne wydarzenie. Organizatorzy nie potrafili się zdecydować, czy chcą zrobić widowisko dla mas z popularnymi artystami i laserową cepelią (może i wizualizacje były zjawiskowe, ale one wręcz przytłoczyły i zasłoniły to co ważniejsze – muzykę), czy wyrafinowany koncert prezentujący przekrojowo twórczość Steve’a Reich’a. Wymieszanie z poplątaniem tych dwóch sprzeczności sprawiło, że mało kto wyszedł zadowolony z tego koncertu, a wielu w trakcie było zagubionych. Ich rozmowy z kolei przeszkadzały, tym spijającym dźwięki ze sceny. Ale czy mogło być inaczej? Organizatorzy umieszczając na plakatach obok nazwisk muzyków nazwy Goldfrapp i Portishead, reklamując koncert Aphex Twin’em i wyznaczając sektor stojący, stworzyli wrażenie imprezy rozrywkowej, a w dla niej perfekcyjnych warunkach zaserwowali skądinąd rzetelnie wykonany, ale trudny repertuar. Sąsiedztwo tanecznych i jazzowych interpretacji z pobożnym odegraniem oryginalnych, bardzo wymagających utworów wystawiało na ciężką próbę zarówno melomanów, jak i fanów nowej muzyki. Dobrze, że chociaż Reich swoimi krótkimi historiami/anegdotami zapowiadającymi poszczególne kompozycje próbował pomóc laikom zrozumieć swoją twórczość. Był niczym przewodnik dla niewidomych. Sto lat Panie Kompozytorze!

Made In Poland. Miłosz Sounds

Cykl kompozycji poświęconych Miłoszowi i zamówionych na festiwal u młodych, polskich kompozytorów to jaskrawy przykład tego, jak czasem nierozsądne są programy finansowania kultury w Polsce. W zeszłym roku organizatorzy najróżniejszych imprez kulturalnych w naszym kraju dwoili się i troili, aby wcisnąć Chopina w programy swoich wydarzeń, żeby uszczknąć trochę złota z sypiącego się worka ministerialnego z nadrukiem „2010 – Rok Chopina”. Trzeba dodać, że czasem miało to pozytywny skutek i ani Chopin, ani te przedsięwzięcia nie traciły, a wręcz przeciwnie zyskiwały. Było tak tam, gdzie pomysł przypomnienia twórczości pianisty nie był traktowany przedmiotowo. Przeważnie jednak całe to zamieszanie kończyło się na umieszczeniu jego nazwiska w programie. W 2011 roku mamy powtórkę z tego szaleństwa, tym razem z Czesławem Miłoszem w roli głównej. Pytanie brzmi, czy rzeczywiście w roli głównej? Druga odsłona Made In Poland pt. Miłosz Sounds pozwala w to wątpić. Zwątpienie nie dotyka tylko mnie, ale również kompozytorów, którzy w tym brali udział. Paweł Mykietyn przyznaje, że tylko przez uporczywe namowy Filipa Berkowicza w końcu zgodził się napisać kompozycję-tło dla wierszy Miłosza. Uważa, że wpisywanie w kontekst muzyczny tak kompleksowych i wymagających skupienia dzieł jest niepotrzebnym utrudnianiem ich zrozumienia. I tak jego Dwa Wiersze Miłosza to bardzo oszczędna audytywnie kompozycja. W pierwszej części muzycy tylko biczują (co przy ogromie hali ocynowni ArcelorMittal sprawia wrażenie muskania) rzemykami swoje instrumenty. Twarzami i głosami aktorów Mai Ostaszewskiej i Zygmunta Malanowicza zderza ze sobą marność piękna i młodości z atrakcyjnością starości. Ten swoisty remiks twórczości wieszcza to jeden z najlepszych koncertów tego cyklu, ale głównie dlatego, że niemalże zupełnie został odarty z muzyki.

Aleksandra Gryka w einerjedeneither i Jagoda Szmytka w electrified memories of bloody cherries. extended Landschaft von Musik zaproponowały anarchistyczne podejście do tematu. Obie kompozycje sprawiały wrażenie silących się na oryginalność i awangardowe szaleństwo. Co więcej tę drugą kompozytorka próbowała wpisać we własne wspomnienia z dzieciństwa i jej wykonanie poprzedzał sielski film z kresów, które rzekomo były inspiracją przy komponowaniu – słuchając utworu, ciężko było się tych wschodnich krajobrazów i atmosfery doszukać.

Wojciech Ziemowit Zych swoją Postgramatyką Miłosza …Teraz szukajcie go w gajach i puszczach słownika zaproponował ciekawe podejście do wykonywania utworu, a jednocześnie jego odbioru. Każde odsłuchanie tej kompozycji jest niepowtarzalne, nie tylko ze względu na unikalność występów na żywo, ale również zależy ono od miejsca, w którym usiądziemy w sali. Muzycy otoczyli zgromadzoną publiczność i grali bez wsparcia nagłośnienia. Dlatego jedni słyszeli lepiej partie klarnetu, a inni skrzypiec. To wrażenie przestrzenności w połączeniu z muzyką imitującą ruch wahadłowy było inspirujące i ciekawe, choć w pewnym momencie stało się przewidywalne i nużące. No i gdzie w tym wszystkim był Miłosz?

Aforyzmy na Miłosza Agaty Zubel to druga kompozycja, w której odniesienie do twórczości wieszcza jest bardziej bezpośrednie. Kompozytorka i jednocześnie fenomenalna wokalistka zaśpiewała wybrane aforyzmy prezentując swoje niebywałe zdolności wykonawcze i interpretacyjne. Odważnie, ale i z szacunkiem podeszła do zadania, za co należały się jej ogromne brawa. Malkontenci narzekali, że momenty były przekombinowane, a specyficzna artykulacja uniemożliwiała rozumienie słów, ale te można było przeczytać w programie.

Na tle zeszłorocznej edycji Made In Poland, Miłosz Sounds wypadło blado i przedmiotowo. Pomysł włączania polskich kompozycji do repertuaru zespołów o światowej marce jest znakomity, tym bardziej gdy chodzi o młodych kompozytorów. Jednak w takim kontekście, jako działanie wymuszone, inspirowane dedykowanym innym celom funduszem, traktowane po macoszemu, w którm ciężko doszukać się artystycznej duszy, nie służy najlepiej ani kompozytorom, ani Miłoszowi, ani też polskiej muzyce. Szczerze wątpię, czy te zespoły kiedykolwiek jeszcze sięgną po tegoroczne kompozycje. Jestem zaś przekonany, że utwory Pendereckiego, Lutosławskiego, Góreckiego, Mykietyna, czy Zubel zagrane w zeszłym roku pozostaną żywe na koncertach grup je wykonujących. Kto nie wierzy, a nie słuchał tych wykonań, ma teraz ku temu znakomitą okazję, ponieważ ukazało się właśnie wydawnictwo DVD/Blu-Ray z ich zapisem.

Podsumowanie

Kończąc ten najdłuższy wpis (swoją drogą, ciekawe ilu z Was tutaj dotarło?) z pełną odpowiedzialnością przyznaję, że była to bardzo udana edycja Sacrum Profanum. Przede wszystkim za sprawą koncertu otwierającego i serii Modern Classics. Drobne wpadki w postaci niezdecydowania i niespójności Reich 75 i przedmiotowego traktowania funduszy, a w rezultacie i artystów w Miłosz Sounds, nie przysłonią wielu znakomitych chwil tamtego tygodnia.

Oprawa graficzna już tradycyjnie została wykonana na najwyższym poziomie. Począwszy od ulotek i plakatów, przez książkowe programy, a na wizualizacjach skończywszy. Obcowanie z tak znakomitymi zespołami jak Alarm Will Sound i Bang on a Can All-Stars było bardzo odświeżające i inspirujące. Połączenie świata muzyki klasycznej i popularnej przez zaproszenie gwiazd tego drugiego do wykonywania utworów sprawiło, że wielu fanów Radiohead czy Portishead zetknęło się z muzyką klasyczną i przekonało, że jej słuchanie nie boli, a może być nagradzające. Oby trwali w tym przekonaniu.

Nie można też odmówić wartości edukacyjno-muzycznej jaką niosła przyjęta w tym roku formuła. Tak obszerny przegląd twórczości jednego kompozytora pozwolił nie tylko się z nią zapoznać w najlepszych z możliwych okolicznościach, ale przede wszystkim ją zrozumieć. Kolejne spotkania z Reich’em odsłaniały jego rozumienie muzyki, metody komponowania i eksperymentowania z dźwiękami. Trudne do pojęcia fazowanie po festiwalu stało się oczywiste. Szkoda, że edukacja muzyczna w szkołach nie opiera się na dogłębnym poznawaniu twórczości tych kompozytorów, których twórczość zmieniała muzykę. Reich z pewnością do nich należy.

Dla mnie najlepszą recenzją tego festiwalu była zwiększona sprawność mojego umysłu, co mogłem sprawdzać na bieżąco ucząc się do egzaminów. Ilość bodźców jakie na mnie oddziaływały zmieniły też moje sny z tego okresu. Śniła mi się Muzyka. Gdy spytacie mnie jaka, nie będę potrafił powiedzieć nic poza tym, że była piękna.

Advertisements

~ - autor: Krzysztof Pietraszewski w dniu 2 listopada 2011.

Jedna odpowiedź to “9. Festiwal Sacrum Profanum @ Kraków [11-17.09.2011]”

  1. I am regular visitor, how are you everybody? This
    piece of writing posted at this site is genuinely fastidious.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s