OFF Festival 2012 – dzień pierwszy

Pierwszy dzień OFF Festivalu za nami. Zaczęliśmy nerwowo od zepsutej karty SIM i niemożliwości jej wymiany, potem szybki transfer do Doliny Trzech Stawów, parkowanie pod kątem 45°, spacerek i wymiana biletów na karnety. No i festiwal w końcu stanął przed nami otworem! Po leniwym rekonesansie (choć stały rozkład powoduje, że czuję się tam już jak u siebie) czas na małe zakupy (JK Flesh ‚Posthuman’ 2xLP, House Of Low Culture ‚Poisoned Soil’ CD i Francisco López ‚Live in Auckland’ CD), wizytę w namiocie radiofonia.fm, strefie NGO i czułej Kawiarnii Literackiej. Niespodziewanie udało się kupić za 10 PLN koszulkę ze spersonalizowanym nadrukiem i to był już koniec wprowadzania się w cudowny, sielski i przyjazny nastrój OFFa. Potem już tylko muzyka.

Na początek Profesjonalizm oczywiście. Marcin Masecki i jego warszawska śmietanka jazzowa sprawdzili się w warunkach koncertowych rewelacyjnie! Profesjonalny występ, profesjonalnie zagrany, z profesjonalną choreografią i taką też stylówą. Do brzmienia przywracającego stare winyle z dobrym polskim jazzem dorzućcie układ na scenie przypominający koncerty z telewizyjnego Studia 2: ciasno ustawieni, z lewej pianino, perkusja z tyłu na podwyższeniu, z prawej na malejących stopniach sekcja dęta, a w centrum kontrabas. Zagrali na luzie, ale wiedząc w których momentach musi być twardo i sztywno. Dokładnie jak u Rocco w jego filmie podbijającym Polskę:

– Ale noł czildren, noł?
– Nah, we’re professionals!

Na marginesie dodam, że Colin Stetson zagrał o zbyt wczesnej porze, a w dodatku deszcz spędził tłumy do Eksperymentalnego i to wszystko kompletnie nie sprzyjało skupieniu i przyjemnemu słuchaniu jego muzyki.

Przed 19:00 zagrał Converge. I tu mógłbym skończyć, bo ich występ był miażdżący. Potężne i mozolne riffy mieszały się z dynamicznym łojeniem na podwójnej stopie. Harmonie wokalne! Ekspresja Jacoba Bannona. Agresja i przekaz. Wszystko na swoim miejscu. Publika krzyczy ‚NA-PIER-**-***!’, a ze sceny: ‚What?! Fuck McDonald’s?’ – esencja!

Potem poszliśmy na Nosowską (sic!). Muszę przyznać, że bogate aranże i w ogóle warstwa muzyczno-instrumentalna podobały mi się. Momentami sięgali do progrockowych brzmień sprzed kilku dekad, czego pewnie wielu zebranych nie zauważyło (choć theremin rzuczał się w oczy i dawał po uszach!). Nadal nie potrafię zrozumieć kreacji scenicznej Katarzyny na małą Kasię z przedszkolnej akademii.

anbb: alva noto & blixa bargeld, scena eksperymentalna

W końcu nadszedł czas na wyczekiwany koncert anbb: alva noto & blixa bargeld. Znakomity występ od pomysłu aż po wykonanie. Zderzenie chirurgicznie precyzyjnej i nieludzkiej elektroniki Noto z parateatralnym i pełnym ludzkiej niedoskonałości występem wokalnym Bargelda jest genialne. Charyzma, doświadczenie, osobowość i pewność siebie świadczą o artyźmie Blixy. On nie jest dobrym wokalistą, jest po prostu artystą w dobrym, starym znaczeniu tego słowa. Dodajcie do tego mozolnie budowany syntetyczny i zdehumanizowany świat elektroniczny Alvy i macie koncert doskonały. One (kower Harry’ego Nilssona) i zagrany na bis I Wish I Was A Mole In The Ground przyprawiły mnie o dreszcze. Diaboliczni i mroczni.

Po anbb potrzebowaliśmy światła, nadziei i miłości. Wszystkiego z górką dostaliśmy od czarującego Charlesa Bradleya. Nowy król soulu objawił się późną porą i porwał do swojego bujającego świata pełnego przyjaźni. Prawdziwa gwiazda! A pomyśleć, że zaczynał jako kucharz… Z jego ust słowa ‚Why is it so hard to make it in America? (…) to live and let live’ brzmią donośle i są wciąż potrzebne. Szczere emocje i wzruszenie z powodu ciepłego przyjęcia w Katowicach były niezapomniane. Zrobił nam niebo na ziemi. No i jak wywijał, nawet szpagat zrobił, a lat ma już 64! Pewnie nie poszedłbym na jego koncert i tak wiele bym stracił. Mistrz!

Było jeszcze zbyt nachalne i agresywne Atari Teenage Riot i zbyt mruczący i monotonny Josh T. Pearson (ale jak on gra na tej gitarze… poezja!).

Na koniec zaliczyliśmy rozczarowanie Bardo Pond. Liczyłem na psychodeliczny i odjechany rock pełen jammowania, taki jakich słuchałem z płyt koncertowych wydanych w Important i aRCHIVE. Zamiast dwóch rozimprowizowanych utworów zagrali kilkanaście piosenek, z czego pierwsza połowa była nieznośnie smętna – za dużo bezekspresyjnej i snującej się wokalnie Isobel Sollenberger. Dopiero w końcówce Panowie zaszaleli i pokazali drzemiący w ich kwaśnym zgiełku potencjał. Szkoda, że nie zagrali odważniej.

Pierwszy dzień za nami – cudnie różnorodny. Dzisiaj polecam przede wszystkim Tides From Nebula z Blindead. Do zobaczenia!

Advertisements

~ - autor: Krzysztof Pietraszewski w dniu 4 sierpnia 2012.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s