OFF Festival 2012 – dzień drugi

Drugi dzień OFFa upłynął pod znakiem regeneracji i kumulacji energii na dzień finałowy, zatem leniwie. Stało się tak trochę przez koncerty, których sporo było dobrych, ale mało jednoznacznie porwało.

Zaczęliśmy od poznańskiego Napszykłat, który zagrał wyjątkowo rzetelny i przejrzysty koncert. W przeciwieństwie do ich wspólnego z MC Dälek występu z ostatniego Unsoundu, tutaj było wszystko dopracowane i konsekwentne. Zrewidowałem swoje zdanie na ich temat. Tuż po nich zaliczyliśmy pomyłkę z Kobietami, a potem…

Potem już Tides From Nebula & Blindead. Koncert, którego wyczekiwałem, a cierpliwość ma została wynagrodzona. Po kilku koncertach jednej i drugiej grupy myślałem, że już mnie niczym nie zaskoczą. A jednak! Połączyli siły i zagrali wybitnie. Ogromny skład: 6 wioślarzy (w tym 2 basowych), 2 sterników (perkusiści), bosman (elektronik) i kapitan (wokalista). 10 osób dobrze pomieściło się na scenie leśnej i przyznaję, taki widok robi wrażenie! Zagrali po dwie kompozycje obu zespołów, pomiędzy które wcisnęli jeden długi jam (zaczęli sami Tidesi, potem pałeczkę przejęli Blindead, a skończyli wspólnie). Pokazali jak brzmi solidna ściana dźwięku. Utwory zabrzmiały wyjątkowo pełnie i mięsiście, a w dodatku utwory TFN zyskały partie wokalne. Wysokobiałkowa i wysokokaloryczna dieta muzyczna!

Tides From Nebula & Blindead, scena leśna

Other Lives zrobiło dobre wrażenie wchodząc na scenę przy dźwiękach Electric Counterpoint Steve’a Reich’a, ale potem było już sztampowo. Zawiódł też Baroness, którego nowa płyta nie sprawdziła się na żywo, a po koncercie naszych rodaków w powiększonym składzie wypadli po prostu blado. Mikołaj Trzaska ze ścieżką dźwiękową ‚Róży’ też nie sprawdził się w warunkach festiwalowych. Mam wrażenie, że to już nie tylko kwestia braku intymności i kameralności, ale też obrazu, który ilustruje – bez niego muzyka się nie obroniła.

Na szczęście ostatnie godziny soboty były wyjątkowo udane. Passę odmienił Thurston Moore. Jego ostatnia płyta mnie nie przekonała, ale na żywo utwory zabrzmiały jak należy. Dostałem wystarczającą dawkę gitarowego zgiełku i jazgotliwego hałasu. Amatorzy piosenkowej formy też byli zadowoleni. Wokal nie jest jego mocną stroną, ale to co robi z gitarą jest sztuką. Rockowa nonszalancja i lekkie zblazowanie wyjątkowo mi nie przeszkadzały.

Od gitarowego rzężenia odpoczęliśmy na the Antlers. Senne, snujące się, romantyczne i pełne melancholii kompozycje Amerykanów wyjątkowo sprzyjały odprężeniu i wzajemnemu rozgrzewaniu. To był sen na jawie!

Panie i Panowie Iggy and the Stooges! Półnagi 65-latek pokazał, że rock’n’roll żyje i ma się dobrze! Kilka godzin wcześniej próbowała to udowodnić młodzież z the Stubs i pomimo udanego występu, dużo jeszcze przed nimi niechlujnego życia. Iggy to frontman, który na scenie czuje się jak ryba w wodzie. Oglądanie jego pląsów to istna przyjemność. Muzycznie to nie moja bajka, ale to przecież żywa legenda!

Póki co OFF jest pochwałą starości, a przynajmniej dojrzałości. Leciwi Blixa Bargeld, Thurston Moore, Iggy Pop i Charles Bradley zagrali dotychczas najlepsze koncerty. Nieźle! Zobaczymy czy dzisiaj sytuacja się odmieni, ale widząc w rozkładzie Swans z Michaelem Girą, Fennesza, Kim Gordon i Ikue Mori… Nie sądzę. Do zobaczenia!

Reklamy

~ - autor: Krzysztof Pietraszewski w dniu 5 sierpnia 2012.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s