OFF Festival 2012 – dzień trzeci

Kolejny OFF Festival dobiegł końca, a na jego podsumowanie chcę napisać, że w tym roku zagrał zespół Swans i jeszcze jakieś supporty. Jednak zanim zajmiemy się tegorocznym objawieniem, poświęcę słów kilka tym którzy grali przed (proponuję ustanowić nowy kalendarz na potrzeby tego bloga i posługiwać się jednostkami k.p.S. – koncert przed Swans).

Żenujący koncert AfroKolektywu niech podsumuje fragment piosenki o Madzi z Sosnowca zagranej na koniec: ‚Hyc o podłogę, dziecko k*** bęc’. Podobne kwiatki zaserwował L.U.C. z Kanałem Audytywnym: ‚Psotna Dorota działa jak na pilota’. Nawet Klinika Psychoromana słabo wypadła, przekombinowany koncert.

W międzyczasie jeszcze Jacaszek rzetelnie odegrał materiał z ‚Glimmer’, a zasłyszany z oddali Stephen Malkmus sprawił, że zrobiło się bardzo przyjemnie i ciepło pomimo spadającej temperatury.

Od Kim Gordon & Ikue Mori było już tylko lepiej. Scena eksperymentalna wypełniła się szczelnie ze względu na Sonic Youth i wydawać się mogło, że to ‚nazwisko’ jest powodem tak odważnie zagranego koncertu: ‚zrobiłam już wszystko, to teraz mogę zrobić cokolwiek’. Jakże byłaby to niesprawiedliwa ocena i mylne pierwsze wrażenie. Kto został do końca i uważnie obserwował nie tylko wizualizacje, ale i sceniczne zachowanie Kim, ten miał okazję zrewidować tę opinię. To był one man show (właściwie one woman show) z całym życiowym bagażem i emocjonalnym kotłem Gordon. Krzyk rozpaczy, desperacja i zagubienie pokazały jak bardzo jest zraniona i zniszczona. Wyjący wokal i jazgotliwa, nonszalancko traktowana gitara  doniośle to podkreśliły. Niestety w tym wszystkim straciłem gdzieś Ikue Mori, której muzyka zagrała jak w dobrym przedstawieniu – uderzała w punkt, ale nie odwracała uwagi od tego, co działo się na scenie. Te 30 min było jak awangardowa terapia psychologiczna i pomimo 15 min owacji nie mogła trwać dłużej, była zbyt wyczerpująca dla wszystkich.

Kim Gordon & Ikue Mori, scena eksperymentalna

Potem mieliśmy chwilę na złapanie oddechu i nadszedł czas na Swans. Zaczęli delikatnie, kilka pierwszych minut zapowiadało bluesowy, emocjonalny koncert – nagle wywołali trzęsienie ziemi i pokazali czym jest głośny koncert, a od tego momentu napięcie już tylko rosło. Jak u Hitchcocka. Misterium Swans jest najmocniejszą esencją rocka – to tak jakby z każdego utworu wyjąć punkty kulminacyjne, dołożyć do tego tradycyjne łojenie kończące rockowe koncerty i z tych elementów zbudować kompozycje. Grają miażdżący trans, któremu nie sposób się poddać, który nikogo nie pozostawia obojętnym. Rytuał, który fascynuje, jest niebezpieczny i wprowadza niepokój, ale uzależnia. Chce się poznać tajemnicę, którą skrywa. To dopiero jest ściana dźwięku! Przygniatająca i masywna. Zagrali tylko kilka kompozycji, ale rozbudowanych do 20 a nawet i 30 min. Przedłużyli koncert o 30 min! Graliby pewnie dłużej, gdyby nie obsługa techniczna, która najpierw dyskretnie, a potem otwartą kłótnią na środku sceny wyrażała swoje „niezadowolenie” z opóźnienia pozostałych koncertów (ten był tak głośny, że zagłuszyłby resztę). Po wymienianie uprzejmości (wyglądało na F*** OFF!), zaczęto wyciszać im wzmacniacze i monitory, ale Gira postanowił zagrać do końca. Publiczność była wściekła, bo ktoś z buta otworzył drzwi do ich świątyni, w której trwało nabożeństwo. Lider jednak nawet z zejścia ze sceny zrobił show – z piwkiem, papierosem i kapeluszem kowbojskim długo jeszcze na niej pozostał ku uciesze zebranych. Niekończący się koniec bez końca. Muzyczne, a przede wszystkim koncertowe objawienie! Wszystkie poprzednie koncerty nagle stały się mało ważne… Dziękuję Swans – Gira jesteś wielki!

Potem mogliśmy już tylko przenieść się do namiotu eksperymentalnego, rozłożyć się na podłodze i uspokoić przy płynących falami dźwiękach Fennesza. Muzyka rozlewała się po wszystkich zebranych i przywoływała w pamięci poruszone fotografie. Ostatnia godzina na OFFie spędzona w połowie we śnie, a w połowie na jawie była znakomitym zakończeniem.

To była kolejna świetna edycja tego różnorodnego festiwalu, który w tym roku pokazał kunszt dojrzałych artystów. Charles Bradley, Blixa Bargeld, Alva Noto, Thurston Moore, Iggy Pop, Kim Gordon, Ikue Mori, Fennesz i w końcu niekwestionowany lider stawki Michael Gira – to oni sprawili, że było wyjątkowo. Z młodych stawiam na rodaków: Profesjonalizm i Tides From Nebula & Blindead (szkoda, że nie udało mi się upolować BNNT, ale oni ani trochę nie próbowali tego ułatwić). Niemal w całości odpuściłem koncerty na scenie Trójki – na głównej, leśnej i przede wszystkim eksperymentalnej wystarczająco dużo się działo. Ta  ostatnia może za rok będzie większa? Popyt już teraz był większy od podaży. Zobaczymy.

Do zobaczenia w 2013!

Advertisements

~ - autor: Krzysztof Pietraszewski w dniu 6 sierpnia 2012.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s